Wednesday, 9 April 2014



Nie wiem od czego zaczac… Jest mi niefajnie I to tak porzadnie, z pompa…
Nigdy nie przypuszczalam, ze dojdzie do takiego stanu, w ktorym bede czula sie tak jak sie czuje I ze bede “zmuszona” napisac cos takiego. Prawda jest taka, ze siedzi to we mnie, jak zadra, ktorej nie moge sie pozbyt. Najgorsze jest to, ze nie potrafie o tym powiedziec na glos, nikomu. Stad ten wpis, ktorego mam nadzieje nikt nigdy nie bedzie musial czytac. Wstyd mi troche, ze o tym pisze, ale to jedyna forma ekspresji, na ktora sie czuje w tym momencie gotowa.
Zawsze bylam raczej skryta osoba, ale nie wiem czy to ze nie potrafie o tym rozmawiac, nie wynika z faktu, ze jestem po prostu tak niedojrzala osoba… Nigdy nie potrafilam rozmawiac o uczuciach, chyba nikt mnie tego nie nauczyl. Nie chce tu miec zadnych wyrzutow w stosunku do nikogo; w koncu sama jestem odpowiedzialna za siebie I za to co robie, albo I czego nie robie. Ale do rzeczy…

Ostatnio  dotarlo do mnie, ze moge miec problem z zajsciem w ciaze. I jest to tak paradoksalne, bo od kiedy pamietam, zawsze bylam przerazona faktem zajscia w ciaze- wydawalo mi sie to strasznym zlem. Jako nastolatka widzialam wiele mlodych dziewczyn “wpadajacych”, jedna po drugiej I wydawalo mi sie to swego czasu jakas plaga, ktora w koncu kazdego dotknie predzej czy pozniej, w tym mnie. Tak strasznie tego nie chcialam I pamietam, ze nawet modlilam sie, aby nie doszlo do tego przed 20-ka…
No I prosze, prawie 20 lat poznie modle sie tylko o o to, abym w koncu zaszla w te ciaze. Jak to sie dzieje, ze te malolaty wpadaja po jednym, jedynym razie? Za mlodu wydaje sie to byc takie latwe, podczas gdy po 30-ce wydaje sie to wielkim sukcesem, jak juz sie uda.

To juz rok od kiedy podjelam decyzje. Sama w sobie, bo moj maz przeciez juz dawno takowa podjal. Myslalam, ze moze to zajac troche czasu, ale nawet mi przez glowe nie przeszlo, ze po roku, wciaz nie bedzie nic… Znowu paradoks, bo przeciez po historiach kolezanek, znajomych kolezanek, ktore mialy problem z zajsciem, sama siebie podejrzewalam, ze moge przeciez tez nie byc w stanie…

Ponad miesiac temu poszlam do lekarza, w zupelnie innej sprawie I przy okazji napomknelam cos na temat ciazy, I okresu, ktory ostatnio jakos sie rozregulowal (zawsze byl regularny).  Spodziewalam sie raczej jakiegos utwierdzenia w fakcie, ze to nic takiego, moze byc zwiazane ze stresem I za ma tak wiekszosc kobiet. Jakiez bylo moje zdziwienie, kiedy lekarka dala mi skierowanie na badanie krwii aby zmierzyc poziom hormonow, a takze skierowanie na USG jajnikow… Troche mie to zbilo z tropu, ale nadal myslalam sobie, ok, lepiej sprawdzic, ale przeciez na pewno wszytsko bedzie w porzadku…. Strasznie mnie to uderzylo chwile po I chodzilam jak struta. Przy tym bylam dosc poddenerwowana I chyba malo przyjemna. No bo jak inaczej, zjadalo mnie to od srodka. Oczywiscie nikomu o tym nie powiedzialam, nie chcac nikogo niepotrzebnie niepokoic…

Teraz juz jestm po badaniu, wyniki sa, ale moja lekarka wciaz do mnie nie zadzwonila, aby je ze mna omowic. Zostawialam jedna wiadomosc, dzisiaj druga. Zapytalam przy okazji recepcjonistki, czy jest cos w opisie o czym moglaby mi wspomniec. Za wiele nie powiedziala, ale na pewno wspomniala cos o spowolnionej owulacji. I tu swieczki w oczach I najgorsze scenariusze w glowie. Zaczelo sie, wstapilam w wiek, gdzie szanse na zaplodnienie sa coraz mniejsze I kto wie czy kiedykolwiek bedzie mi dane zostac mama…. Strasznie mi smutno I zle.. Nie wim co dalej, ale cdn…

No comments:

Post a Comment