Nie wiem od czego zaczac… Jest mi niefajnie I to tak
porzadnie, z pompa…
Nigdy nie przypuszczalam, ze dojdzie do takiego stanu, w
ktorym bede czula sie tak jak sie czuje I ze bede “zmuszona” napisac cos
takiego. Prawda jest taka, ze siedzi to we mnie, jak zadra, ktorej nie moge sie
pozbyt. Najgorsze jest to, ze nie potrafie o tym powiedziec na glos, nikomu.
Stad ten wpis, ktorego mam nadzieje nikt nigdy nie bedzie musial czytac. Wstyd
mi troche, ze o tym pisze, ale to jedyna forma ekspresji, na ktora sie czuje w
tym momencie gotowa.
Zawsze bylam raczej skryta osoba, ale nie wiem czy to ze nie
potrafie o tym rozmawiac, nie wynika z faktu, ze jestem po prostu tak
niedojrzala osoba… Nigdy nie potrafilam rozmawiac o uczuciach, chyba nikt mnie
tego nie nauczyl. Nie chce tu miec zadnych wyrzutow w stosunku do nikogo; w
koncu sama jestem odpowiedzialna za siebie I za to co robie, albo I czego nie
robie. Ale do rzeczy…
Ostatnio dotarlo do
mnie, ze moge miec problem z zajsciem w ciaze. I jest to tak paradoksalne, bo
od kiedy pamietam, zawsze bylam przerazona faktem zajscia w ciaze- wydawalo mi
sie to strasznym zlem. Jako nastolatka widzialam wiele mlodych dziewczyn “wpadajacych”,
jedna po drugiej I wydawalo mi sie to swego czasu jakas plaga, ktora w koncu
kazdego dotknie predzej czy pozniej, w tym mnie. Tak strasznie tego nie
chcialam I pamietam, ze nawet modlilam sie, aby nie doszlo do tego przed 20-ka…
No I prosze, prawie 20 lat poznie modle sie tylko o o to,
abym w koncu zaszla w te ciaze. Jak to sie dzieje, ze te malolaty wpadaja po
jednym, jedynym razie? Za mlodu wydaje sie to byc takie latwe, podczas gdy po
30-ce wydaje sie to wielkim sukcesem, jak juz sie uda.
To juz rok od kiedy podjelam decyzje. Sama w sobie, bo moj
maz przeciez juz dawno takowa podjal. Myslalam, ze moze to zajac troche czasu,
ale nawet mi przez glowe nie przeszlo, ze po roku, wciaz nie bedzie nic… Znowu paradoks,
bo przeciez po historiach kolezanek, znajomych kolezanek, ktore mialy problem z
zajsciem, sama siebie podejrzewalam, ze moge przeciez tez nie byc w stanie…
Ponad miesiac temu poszlam do lekarza, w zupelnie innej sprawie
I przy okazji napomknelam cos na temat ciazy, I okresu, ktory ostatnio jakos
sie rozregulowal (zawsze byl regularny).
Spodziewalam sie raczej jakiegos utwierdzenia w fakcie, ze to nic
takiego, moze byc zwiazane ze stresem I za ma tak wiekszosc kobiet. Jakiez bylo
moje zdziwienie, kiedy lekarka dala mi skierowanie na badanie krwii aby
zmierzyc poziom hormonow, a takze skierowanie na USG jajnikow… Troche mie to
zbilo z tropu, ale nadal myslalam sobie, ok, lepiej sprawdzic, ale przeciez na
pewno wszytsko bedzie w porzadku…. Strasznie mnie to uderzylo chwile po I chodzilam
jak struta. Przy tym bylam dosc poddenerwowana I chyba malo przyjemna. No bo
jak inaczej, zjadalo mnie to od srodka. Oczywiscie nikomu o tym nie
powiedzialam, nie chcac nikogo niepotrzebnie niepokoic…
Teraz juz jestm po badaniu, wyniki sa, ale moja lekarka
wciaz do mnie nie zadzwonila, aby je ze mna omowic. Zostawialam jedna
wiadomosc, dzisiaj druga. Zapytalam przy okazji recepcjonistki, czy jest cos w
opisie o czym moglaby mi wspomniec. Za wiele nie powiedziala, ale na pewno
wspomniala cos o spowolnionej owulacji. I tu swieczki w oczach I najgorsze
scenariusze w glowie. Zaczelo sie, wstapilam w wiek, gdzie szanse na
zaplodnienie sa coraz mniejsze I kto wie czy kiedykolwiek bedzie mi dane zostac
mama…. Strasznie mi smutno I zle.. Nie wim co dalej, ale cdn…
No comments:
Post a Comment